Strony

sobota, 29 listopada 2014

Rozdział 8.

Ściskając w dłoni latarkę, lekko trzęsącą się od strachu ręką złapałam za okrągłą gałkę służącą jako klamka. Przekręciłam nią, a drzwi skrzypiąc otworzyły się. W pokoju nie widziałam nic poza ciemnością, niekończąca się przestrzenią niczego. Powtarzając sobie w myślach, abym ruszyła przed siebie, kurczowo trzymając za klamkę zrobiłam krok do przodu.
- Nie wchodź tam. Słyszałem że stamtąd się już n i e wychodzi. - mówił głos w mojej głowie, który tylko sprowokował mnie, aby iść dalej. Przełknęłam ślinę, czując jak pot spływa po moich plecach oraz czole. - Nie rób mi tego. Co ja będę robił bez Ciebie? - zapytał. Przymknęłam oczy, aby uspokoić bicie serca. Ciemność w tym pomieszczeniu nie była jak w innych, miałam wrażenie że tam po prostu jest przestrzeń. Zmuszając się, ruszyłam do przodu.
    Poczułam mocne uderzenie w brzuch, po czym upadłam. Otworzyłam powoli oczy, nie wiedząc czego się spodziewać. Kiedy ujrzałam to samo miejsce, a przede mną stali Eric z Kateriną, zorientowałam się ze nigdzie nie trafiłam, a zostałam złapana. Obok nas pojawiło się rodzeństwo skupione na mojej osobie.
- Co jest z tobą nie tak?! - wymachując rękoma mówiła Katerina.
- Ktoś tutaj dostał okresu. - zaśmiałam się w duchu ze słów tajemniczej osoby.
- Ze mną? Może tylko tyle, że chcę się stąd wydostać? - złapałam za rękę Erica, który pomógł mi się podnieść z mokrej podłogi.
- Wchodząc w jakieś drzwi? Mogło coś na Ciebie wyskoczyć! Myślisz trochę!? Straciliśmy Jacka teraz jeszcze mamy stracić Ciebie? - zapytała że łzami w oczach. Wpatrywałam się w nią, nie wiedząc, co powinnam powiedzieć.
- Kate wyluzuj. Przecież to tylko sypialnia. Cholera tu jest łóżko! - zajrzałam do pokoju gdzie nadal panowała kompletna ciemność i pustość. Clara weszła do pokoju. Powinnam ją powstrzymać, ale nie czułam takiej potrzeby. Zniknęła z moich oczu, a za nią wszedł Martin, który również znikł z mojego pola widzenia. Spojrzałam na roztrzęsioną Katerine oraz Erica wpatrującego się w pokój, który podobno był sypialnią.
- Skoro wszystko wróciło do normy może wrócimy do tworzenia naszego przyszłego mieszkania? Wiesz jak Ci obiecywałem: jeżeli mnie skąd wydostaniesz, a wiem że chcesz tego za wszelką cenę, zrobię wszytko. Znaczy nie dosłownie wszystko bo nie jesteś tego warta, ale mniej więcej. - próbowałam ignorować głos, ale to było wręcz nierealne, bo jak można ignorować coś w środku twoich myśli. Przetarłam oczy z niedowierzaniem, kiedy rodzeństwo wyszło całe i zdrowe z pokoju.
- Tam jest cudnie! Ja zajmuje pierwsza łóżko! - krzyknęła Clara.
- Czekaj. - zaczęłam. - Mamy problem. - westchnęłam. - Ja tam nic nie widzę tylko ciemność i przestrzeń. Żadnych łóżek i innych rzeczy! Jak to możliwe?! - nie wiem czy bardziej to pytanie było do mnie czy do nich. Każdy wpatrywał się we mnie, jakby coś ze mną było nie tak, ale kurde właśnie że było.
- Nie dręcz się tak. Dla mnie jesteś idealna.
- Więc mamy dwa problemy. - zaczął Eric. - Bo ja też nic nie widzę. - sama nie wiem czy poczułam się lepiej, że do końca nie zwariowałam czy bardziej mnie to przeraziło.
- Jak? Przecież nie wyobrażam sobie tego pieprzonego łóżka, bo oni też to widzą ! - krzyknęła oburzona Clara.
- Ma rację, ale tu wszytko jest możliwe. - oznajmił Eric. Przytaknęłam pochłonięta swoimi myślami.
- Po prostu tam wejdę. - wyszeptałam.
- Nie! Skoro widzimy Ciemność to wiadomo co możemy zobaczyć tam? - zapytał mnie Eric wskazując palcem na otwarte drzwi.
- Nie dowiemy się nie próbując. - chwyciłam latarkę z podłogi i nie zwracając na innych wbiegłam w ciemność.
   Nie czułam, abym spadała. Nie czułam nic oprócz zimna. Przez okno na samej gorze, które było uchylone wpadał do pomieszczenia blask księżyca. Idealnie widoczny z niego był pełny księżyc- widok, którego tak dawno nie widziałam. Mimo mrozu jaki panował, wpatrywałam się w niego. Po chwili zapaliłam latarkę oświecając nią pomieszczenie. Na ścianach były widoczne zadrapania jakimiś pazurami, albo czymś ostrym i grubym. Opuszczone stare cztery łóżka po bokach pokoju. Wszytko wyglądało na bardzo stare czasy. Odnalazłam drzwi przede mną, klamka nie chciała się ruszyć, więc zaczęłam w nie uderzać swoim ciałem. Lekko obolała wyszłam z pokoju.
  Wokół mnie panował kompletny chaos. Wszytko dookoła działo się w niesamowicie szybkim tempie. Ludzie biegali od pokoju do pokoju przepychając się. Niektórzy siedzieli zapałkami, a niektórzy szczęśliwy. Czułam się jak w jakiejś bajce. Podbiegłam do pierwszej lepszej osoby. Starszy mężczyzna stał wpatrując się w szybę.
- Może mi Pan pomóc? - zapytałam, ale nie dostałam żadnej reakcji. Spróbowałam ponownie, ale nadal nic. Zero nawet nie zerknął w moją stronę. Zdezorientowana spojrzałam w miejsce, w które patrzy. Poczułam jak wszytko mi się wraca, a serce staje.

czwartek, 13 listopada 2014

Rozdział 7

Przepraszam za wszystkie błędy oraz niedociągnięcia.
Kolejny dzień.
Wciąż siedzę wpatrując się w przestrzeń Jack leży nieprzytomny już jakiś czas, a jego rana postrzałowa pogarsza się. Nie mamy żadnych apteczek, więc brak możliwości, aby go uratować. To wszystko moja wina, jeżeli bym go trzymała. Jeżeli bym tylko bardziej uważała, albo nie zmuszała do tego, aby poszedł ze mną. Jeżeli bym tak nie panikowała. Mogło być inaczej, a teraz czuje się jakby to miał być kompletny koniec. A co.. Jeżeli... On.. Nawet nie dopuszczam do siebie takiej myśli. Wychowałam się z nim, a teraz tak po prostu przeze mnie ma zginąć? Czym zasłużyliśmy sobie na bycie tutaj. Łzy ciągle mi towarzyszą, ale nie pozwalam im wypłynąć. Nie chcę, aby moje uczucia wzięły górę. Muszę się skąd wydostać.
- Hej. - odwróciłam się do osoby za mną. Eric stał opierając się o framugę drzwi. Z powrotem odwróciłam się w stronę ściany. Słyszałam, jak podłoga ugina się pod jego ciężkimi krokami.
Siedziałam w pokoju, który niedawno znalazł Eric z Clarą. Jak na razie jako jedyny miał podłogę, która nie była zimnym marmurem, tylko panelami. W tym pokoju nie było mokrych ścian, tylko ciepło.  Ścisnęłam mocniej w dłoni wisiorek wiszący na mojej szyi. Pamiętam, jak dostałam go od Jacka na urodziny. Nie było go stać na większy prezent, ale i tak jest piękny. Na łańcuszku jest serduszko, a po drugiej stronie jakieś logo firmy. - Jak się czujesz? - wyszeptał mi do ucha Eric obejmując w pasie.
- A jak mam się czuć? - zapytałam sarkastycznie.
- Nikomu nie jest łatwo, ale nie możesz tu tak siedzieć.
- Co nam robić Eric? Może mam chodzić i łudzić się, że wydostaniemy się z tego popieprzonego miejsca? Wolę, chyba posiedzieć i poczekać, aż coś przyjdzie i mnie zabije. - powiedziałam na jednym wdechu.
- Nie możesz się poddać. - poczułam, jak jego ręką gładzi mnie po plecach, a głowa leży na moim ramieniu.
- Koniec zabawy? -wspomniałam, że ten ktoś ciągle prześladuje mnie w myślach. Próbuję ignorować, ale naprawdę jest ciężko. - Myślałem, że jeszcze chcesz się pobawić.
- Ja świruję. - przyznałam na głos.
- Nie świrujesz. Każdy tutaj żyje w strachu. Myślisz, żebym nie chciał, abyśmy wyszli i uciekli jak najdalej, ale do cywilizacji. - westchnął.
- Jakie to słodkie. Przypomniało mi się taka piosenka, wiesz była o tym jak chłopak ją kochał, a potem zostawił. Czekaj... Nie jednak nie znam tytułu. - zamknęłam oczy. Tak bardzo chciałam, aby to coś się zamknęło. Cisza, która mnie przerażała tak niedawno- teraz cholerne jej potrzebowałam.
- Będzie dobrze. - obserwowałam jak jego ręka obejmują moją.
- Pieprzenie. - wymamrotałam zabierając dłoń.
- Ludzie! Jack się obudził! - słysząc wołanie Clary poderwałam się jak szalona i zaczęłam biec w jego kierunku. Stanęłam nad nim, blondyn leżał na krzesłach. Miał lekko rozszerzone oczy, a jego rana na brzuchu była jeszcze gorsza niż wcześniej. Jednak już nie krwawił.
- Jak się czujesz? - zapytałam, chwytając jego dłoń.
- Cholernie źle, ale hej mogło być gorzej.
- Idiota. - uśmiechnęłam się przesuwając krzesło bliżej niego.
- Też Cię kocham niedojdo.
- Zamknij się. Nie zostawisz mnie? - ściana, która mocno się trzymała gdzieś tam we mnie, rozpadła się na kawałeczki. Ciepłe łzy zaczęły wpływać z moich oczu jak szalone, a wspomnienia przelatywały mi przez głowę.
- Ej młoda nie płacz. - jego kciuk pocierał o moją dłoń. Mimo łez uśmiechnęłam się, śmiejąc się nerwowo. - Wiemy chyba jak to się skończy, cholera nie myślałem, że skończę tak. Wyobrażałem to sobie zupełnie inaczej. - uśmiechnął się. Jego piękny uśmiech, który zawsze dodawał mi otuchy kiedy musiał. - Jeżeli będziesz płakać obiecuje Ci, że będą Cię nawiedzał. Ale teraz tak na poważnie. Samantha słuchaj pamiętasz co zawsze Ci mówię jak życie daje Ci w dupę?
- Oddaj mu. - wytarłam rękawem mokre policzki, a ich miejsce zastąpiły następne łzy.
- Dokładnie! Pamiętaj o tym. Kocham Cię młoda. - uśmiechnął się, po chwili zaczął kaszlec. Puścilam jego dłoń, podniosłam się.
- Nie! Jack! Nie! - krzyczałam jak opętana, a łzy leciały jak szalone. Nie oddychał. Cholera, on nie oddychał, on po prostu nie oddychał Jego oczy wpatrywały się we mnie bez ruchomo. Opadłam na kolana łapiąc się jedną ręka za krzesło, a drugą trzymałam się za klatkę piersiową. Ból był nie do zniesienia. Czułam jak ktoś z tyłu trzyma mnie próbując uspokoić, ale nic kompletnie nic nie docierało do mnie oprócz widoku martwego Jacka. Kiedy opanowałam trochę tętno, jak i oddech, wstałam podchodząc do przyjaciela. - Kocham Cię dupku. - zamknęłam mu oczy trzymając za dłoń.
- Wzruszyłem się. - słysząc głos w mojej głowie ból, cierpienie, rozpacz, strach- wszystkie moje uczucia zmieniły się jedno - złość. To on, to on go zabił. Nie zastanawiając się nad niczym ruszyłam w stronę schodów. Adrenalina płynęła w moich żyłach, a ja biegłam jak szalona bez latarki, bez niczego, w ich stronę. Wszystko było takie inne. Czarno-białe. Zero jakichkolwiek kolorów. Zbiegłam z kilku schodów, ignorując krzyk Erica, abym się zatrzymała. Stanęłam gdzieś w połowie drogi.
- Gdzie jesteś? Pokaż się ! - krzyczałam.
- Ciszej, bo kochaś wezmę Cię za wariatkę.
- Nie obchodzi mnie to! Co Ci dało zabicie go? Czego od nas chcesz? Czemu siedzisz w mojej głowie?! Pokaż się kutasie!
- Auć ranisz moje uczucia, kochanie.
- Po co to robisz? - wyszeptałam.
- Na to wszytko jest jedna odpowiedz. R O Z R Y W K A. - zacisnęłam powieki, chamując lecące łzy.
- Samantha chodź. - Eric objął mnie prowadząc z powrotem. Czemu on mnie tak prześladował? Zabicia Jacka było taką rozrywką? Kim lub czym to jest?
***
Weszłam do pokoju i usiadłam na panelach.
- Nie złość się tak. Przecież jeszcze jest ich tylu.
- Dlaczego ja?
- Bo jesteś śliczna. - odpowiedział w mojej głowie sarkastycznie. - A tak na poważnie, bo sama ty przyszłaś. 
- Zostaw mnie. - wyszeptałam bezsilnie.
- A pamiętasz jego blond włosy? Albo jego niebieskie oczy? - zaczęłam krzyczeć, aby tylko przekrzyczeć jego głos, ale niestety było to niewykonalne. On siedział w mojej głowie i dobrze o tym wiedział. Wstałam i zaczęłam chodzić po pokoju, próbując skupić się nad czymś innym. Czymkolwiek, ale nie na nim. - Oh przestań. Jego uśmiech, a naszyjnik masz? Taki słodki.
- Wyjdź z mojej głowy! - walnęłam ręka w ścianę rozpłakana. Zsunęłam się w dół ściany. - Zostaw mnie.  - powiedziałam szlochając błagalnie.
×××××××
Jest kolejny. Taki jakiś dziwny ;_; Nie ważne.
Do następnego.
*ZOSTAW COŚ PO SOBIE. DLA CIEBIE TO CHWILA, A DLA MNIE DUŻA MOTYWACJA. *

Rozdział 6


Przepraszam za błędy oraz niedociągnięcia.


Sama już nie wiem, który to dzień.

Siedziałam oparta o zimną ścianę. Wszystkie wspomnienia z poprzednich dni krążyły gdzieś w mojej głowie, nie dając mi spokoju. Czarne oczy Martina, jak i chęć zamordowania tych, którzy jego zdaniem nie nadają się do przetrwania. Odkryte nowe przejście w podziemiach czy gdziekolwiek indziej, gdzie wybrałam się dzisiaj z Jackiem. Clara, która wszytko utrudnia, a jej zachowanie doprowadza mnie do skrętu żołądka. Tajemnicze drzwi przede mną. Eric. Wszytko było jednym wielkim znakiem zapytania, tak bardzo chciałam poznać odpowiedzi.
- Chodź, ruszamy. - z pomocą silnej ręki Jacka wstałam z zimnej podłogi. Chwyciłam latarkę w dłoń. Byłam gotowa do wyruszenia i chyba przygotowana na najgorsze. Szłam świecąc przed sobą światłem, a moja ręka cała drżała.
- Hej, mała. Oddychaj. - ręka przyjaciela objęła mnie, a ja wypuściłam powietrze z płuc nabierając nowe.
- Jestem starsza dupku.
- O hola, hola nie tak ostro, co? - śmiech chłopaka rozniósł się echem, a ja poczułam się lepiej. Niewielki, prawie niewidoczny uśmiech pokazał się na moich ustach.
- Grozisz mi? - przymrużyłam oczy.
- A ty? - zaśmiałam się. Widząc przed sobą schody prowadzące w dół, zatrzymałam się. Nie było widać ich końca przez ciemność i mrok, jaki tam panował.
Przełknęłam głośno ślinę.
- Jesteś pewna? - zapytał szeptem.
- Nie. - odpowiedziałam szczerze, ruszając do przodu. Jeżeli tam jest wyjście? Cisza. Słyszalne były jedynie nasze ciężkie oddechy. Szłam w dół i miałam wrażenie że to nigdy się nie skończy. Kiedy światła nie było z lamp na górze, ręce zaczęły mi się trząść. Jego ręka ciągle ściskała mnie lekko w ramię. Obejrzałam się nie pewnie, ale nie dostrzegłam w jego oczach nic poza strachem, który na pewno był widoczny również u mnie.
- D a s z  r a d ę. - powtarzałam sobie. - I d ź! - wręcz krzyczałam w myślach, ale moje nogi wcale mi w tym nie pomagały. Czułam się, jakbym straciła nad nimi kontrolę. Głośny krzyk Jacka zwrócił moja wagę, odwróciłam się, starając się nie spaść.
- Samanta! - rozglądałam się dookoła, ale nigdzie go nie było. Serce zaczęło mi bić pięć razy szybciej, a szczęka trząść. Rozglądałam się dookoła, ale oprócz pustej przestrzeni nic nie było.
- Tęskniłaś? - upuściłam latarkę, która uderzyła o schody, a światło z niej zgasło. Teraz panowała kompletna ciemność. - Mam tyle pomysłów dla Ciebie i twoich przyjaciół. - głos w mojej głowie doprowadzał mnie niemal o zwał. Stałam nieruchomo, słuchając obcego głosu. - Taka rozrywka nie trafia się często, a ty i twoi przyjaciele jesteście naprawdę odważni. Martin, ten chłopak jest mądry, ale niestety nie jest sobą. - widziałam, że z nim jest coś nie tak. Ten głos mi to wszystko udowodnił. Może po prostu to moja wyobraźnia? Wcale nikt do mnie nie mówi, tyko ja zwariowalam.
- Kim jesteś? - wyszeptałam.
- Za pewnie myślisz, że wariujesz. Oh, nie kochanie. Ale nikt, nikt ci nie uwierzy w to co się dzieje. Jesteś bezradna.
- Kim Jesteś? - powtórzyłam, ignorując zatrzymane mojego serca.
- Od dzisiaj twoim najgorszym z koszmarów, kochanie. - po pomieszczeniu rozlegl się dźwięk strzelania. Schyliłam się chowają głowę w dłonie, nie przypomniałam sobie, abyśmy brali ze sobą broń. Coś obok mnie upadło, Kiedy zauważyłam blond grzywę podbiegłam do Jacka. Chłopak był ledwo przytomny, chwyciłam go za brzuch oraz rękę, chcąc wstać i uciekać jak najdalej. Pod palcami poczułam ciepłą lepiącą się ciecz. Przerażona zaczęłam krzyczeć.
- POMOCY! - śmiech brzmiał w mojej głowie. Łzy zaczęły wpływać po moich policzkach, ale kiedy zabrakło mi powietrza, zamknęłam oczy. Wyciszyłam się, chcąc ustabilizować trochę rytm serca, a myśli zebrać w jedno. Teraz musiałam zabrać stąd jedynie rannego Jacka, aby nic mu się więcej nie stało. Policzyłam szybko do dziesięciu i otworzyłam oczy. Ignorując śmiech w mojej głowie, złapałam go za rękę, zarzucając na barki, a drugą pomogłam mu się podnieść.
- Jakie to słodkie. - próbowałam ignorować jego słowa. Powoli zaczęłam wchodzić na górę razem z zawieszonym na mnie blondynem. Wcale to nie było takie łatwe jak się wydaje. Przypomniało mi się, jak oglądałam wszystkie te filmy przygodowe i tam wydaje się to o wiele bardziej prostsze. Czułam się jakbym wchodziła godzinami. Kiedy udało mi się pokonać schody, ruszyłam wzdłuż korytarza.
- Jack trzymaj się. Zaraz będziemy, ale musisz mi pomóc. - mówiłam błagalnym głosem. W odpowiedzi dostałam niezrozumiałe słowa, modliłam się o to, aby tylko on wytrzymał.
- Ludzie! - krzyczałam. - POMOCY! - nagle poczułam jak przychylam się w bok. Upadłam na kolana, a obok mnie Jack jęknał z bólu. Ochota rozpłakania się i poddania było ogromna, wielka ściana ze szkła, w którą co chwilę coś mocnego uderza, a ona jest na skraju rozsypania się, była we mnie.
- Jack? Samanta? - głos Ericka dobiegł do moich uszu. Zaczęłam się podnosić. Chłopak złapał mnie za ramiona, pomagając wstać. Zaraz obok niego pojawiła się reszta osób. Katerina złapała mnie i pomogła iść w stronę pokoju, a chłopaki zajęli się Jackiem.
- Boże, co się stało? - opiekuńczy ton przyjaciółki odezwał się.
- No dalej powiedz. - westchnełam słysząc głos w mojej głowie.

×××××××××
Dedykacja dla Dominiki mam nadzieję, że wiesz o co chodzi ^^
Jack umrze?
Wiem, krótki, ale postanowiłam dodać taki niż nie dodawać w ogóle.
Widzimy się w następnym :3
*ZOSTAW COŚ PO SOBIE. DLA CIEBIE TO CHWILA, A DLA MNIE DUŻA MOTYWACJA.*

piątek, 7 listopada 2014

Rozdział 5.

Przepraszam za wszystkie błędy oraz niedociągnięcia.
Piąty dzień.
Kolejna noc, podczas której nie zmrużyłam oka. Kiedy tylko próbuje zasnąć przed oczami pojawia mi się obraz jego czarnych oczu, a wszystko staje się mroczniejsze. Nie odezwałam się słowem na ten temat, bo i tak nikt by mi nie uwierzył. Szłam, trzymając mocno latarkę w dłoni, przez mokry korytarz. Słyszałam, jak Jack idący za mną nuci jedną ze swoich ulubionych piosenek pod nosem. Tak bardzo tęskniłam za technologią, jak i innymi rzeczami. Chociaż najbardziej za słońcem i za jego ciepłymi promieniami zamiast lamp.
- Tu nic nie ma. - westchnął zrezygnowany chłopak.
- Przysięgam, że coś słyszałam.
- Może coś Ci się wydawało? Nie śpisz w ogóle.
- Śpię. - odpowiedziałam cicho.
- Wracamy. - ciągnąc mnie za ramię, blondyn wyłączył latarkę. Ciemność stała się bardziej przerażająca. Czułam na sobie czyjś wzrok i wcale nie należał on do Jacka. Przełknęłam ślinę, a moje dłonie zaczęły się lekko trząść. Odsunęłam się od blondyna, widząc światło oraz słysząc odgłosy z otwartego pokoju. Oparłam się o framugę, przytrzymując się. Mimo swego zmęczenia czułam monotonnie, która stawała się dużą częścią mojego życia, mimo sytuacji w jakiej jestem. Nie przespane noce, szukanie, dziwne tajemnicze rzeczy, spanie. Te same zajęcia, a przez brak kontaktu z osobami z zewnątrz i w ogóle ze światem, doprowadziła do tego, że nie mam bladego pojęcia jaki mamy dzień tygodnia, ani jaką mamy obecnie godzinę. Usiadłam na jednym z krzeseł, czułam mroczny wzrok Marthina chęć odwrócenia się w jego stronę była ogromna, ale uczucie jakby ktoś wrzucił mi kostkę lodu z tyłu koszulki, dało mi jedno do zrozumienia. Aby nie ryzykować. Dłonią przetarłam zmęczone oczy i szybkim ruchem przysunęłam krzesło bliżej siebie, gdzie zaraz znalazły się moje nogi.
***
Siedziałam na blacie w rzekomej kuchni. Obok mnie stała Rebecca, trzymając w ręku mały rewolwer Martin uznał, że nie ma szans z nami więc dostaliśmy broń, pomijając fakt, że prawie nikt z nas nie umie się nim obsługiwać. Przynajmniej odrobinę czujemy się bezpieczniej. Pomieszczenie nie było zbyt szczególne. Na ścianach wisiały brudne, zakurzone, podrapane obrazy. Na środku znajdował się blat na którym właśnie siedziałam, a wokół najróżniejsze rzeczy nie zdolne do użycia. Podkuliłam nogi pod brodę wpatrując się w przestrzeń.
- Wiesz co? Martin jest taki przystojny. Obiecuje Ci, że jak się stąd wydostaniemy umówie się z nim. - oznajmiła Rebecca.
- Myślałam, że nie gustujesz w starszych. Wolisz osoby bliższe naszemu wieku. - Martin na pewno był starszy od nas. Zaledwie skończyliśmy dwadzieścia lat. Tak w prawdzie jeszcze nie każdy, Jack kończy najpóźniej z nas, a Martin wyglądał na ponad trzydzieści lat. Co prawda był przystojny chociaż w małym stopniu, ale jak dla mnie zbyt duża różnica wieku, a do tego jego mroczna strona która zdążyłam poznać. Przypominając czerń jego oczu przeszły mnie ciarki po całym ciele, a myśli, czy mogę nazwać go psychopatą, albo zabójcąc chociaż nie wiem czy kogoś kiedyś zabił, owładnęły mój umysł. Bardziej pasuje psychopata.
- Oj tam, na prawdę czepiasz się szczegółów. - westchnęła blondynka.
- Po prostu pamiętam jakie miałaś zdanie na temat Nory. - wzruszyłam ramionami. Dokładnie pamiętam, jak Nora, dziewczyna, która zakochała się w nauczycielu została tak zgnębiona, że przeniosła się do innej szkoły. Rebecca potrafiła cały mi dniami mówić jaki z niej "dziwoląg" ja za to miałam zupełnie inne zdanie.
- On był od niej starszy od co najmniej trzydzieści lat. - powiedziała z oburzeniem.
- Nie przesadzaj. - zaśmiałam się pod nosem z obliczeń przyjaciółki. Do kuchni wszedł Martin za nim weszła Clara, oboje spojrzeli na nas od niechcenia, ale mój wzrok od razu skierował się w stronę oczu mężczyzny. Były normalne, zielone tęczówki ani trochę nie przypomniały tamtych mrocznych oczu.
Może świruje?
W mojej głowie od razu pokazała się lampka, która oznaczała, abym jak najszybciej opuścić to miejsce. Ani mi się śniło, aby ta sytuacja mogła się powtórzyć. Zeskoczyłam z blatu, chcąc wprowadzić swój plan ucieczki w życie, ale nie było mi to dane przez rękę chłopaka, która chwyciła mnie za ramię. Zatrzymawszy się całe moje ciało zamarło, gestem ręki pokazał aby nas zostawili samych. Wzrokiem szukałam jakiegokolwiek przedmiotu do obrony, ewentualnie pomocy w ucieczce. Kiedy zostaliśmy sami, poczułam jak popycha mnie do tylu, a plecy uderzyły w wystający lekko blat.
- Chcę porozmawiać. - zaczął. Jego wyraz twarzy oraz głos jakim mówił znaczyło, że jest poważny i to nawet bardzo.
- O czym? - wyszeptałam jednak szybko odchrząknęłam, aby mój ton głosu brzmiał normalnie.
- Chcę ustalić kilka rzeczy.
- To w takim razie dlaczego rozmawiasz tylko ze mną? - jego ręce znalazły się po oby stronach moich bioder. Mocno naciskał na blat przez co jego palce były wręcz sine.
- Ponieważ, ty i ja jesteśmy przywódcami.
- O czym ty mówisz? - zapytałam zdezorientowana.
- Wiesz, o czym mówię. Chodzi tylko o to, abyś zaczęła się mnie słuchać, a będzie dobrze. - przebiegły uśmiech pojawił się na jego twarzy. - Rozumiesz? Ten kto nie jest wart, ani w stanie przetrwać musi zginąć. - mówiąc napierał palcem na moją klatkę piersiową. Problem w tym, że nie miałam kompletnie pojęcia o czym on do mnie mówi, a fakt że czułam się jak sparaliżowana ze strachu wcale mi nie pomagał w zadawaniu jakichkolwiek pytań, czy też żądaniu wyjaśnień. - Rozumiesz Samanto? - pokręciłam twierdząco głową dając mu do zrozumienia, że tak. Odsunął się ode mnie z uśmiechem odwrócił się na pięcie, oszołomiona patrzyłam jak odchodził.
Jest psychopatą.
Jestem tego więcej niż pewna. Próbowałam zrozumieć sytuację, która miała miejsce przed chwilą, ale wszystko działo się tak szybko, tak niezrozumiale. Ukucnęłam, chowając w dłonie twarz. Zaczęłam brać głębokie wdechy, aby moje tętno zwolniło.
***
- Ludzie!! - głośne wołanie Erica z pokoju zwróciło moją uwagę. Odwróciwszy się na pięcie, ruszyłam w stronę pokoju, z którego słuchać było krzyk chłopaka. Chwilę później każdy stał przy stoliku, na którym leżała mapa, którą Jack znalazł w pokoju w którym się obudził. Na niej były zaznaczone punkty, których nie było wcześniej.
- Więc skoro mamy mapę trzeba to wykorzystać. Środkowy korytarz jest zamknięty. - spojrzał na mnie po czym markerem zakreslił "x" na danym miejscu. - W tych dwóch nadal nic nie wiadomo.
- Zaznacz pokoje w których już byliśmy. - zaproponował Jack. Eric zaczął zaznaczać miejsca w których już byliśmy. Patrząc na tą mapę było ich naprawdę mało, a codziennie dzielimy się i chodzimy. To miejsce było ogromne, a nawet nie wiem jak dostać się do połowy.
- Pozostałe korytarze też muszą się ruszać, albo odkrywać jakąś tajemnicę. - oznajmiła Clara.
- Brawo Sherlock'u. - odpowiedziałam ironicznie.
- Może byś się za coś wzięła? Jak na razie jesteś bezużyteczna.
- Odpowiedziała dziewczyna, którą nosili bo nie chciała zamoczyć butów.
- Dość. - powiedział surowo Eric dalej pochłonięty ustawianiem znaków x na mapie. Usiadłam na jednym z krzeseł ignorując spojrzenia Clary.
Jej brat jest psycholem, a ona nie posiada mózgu.
- Czyli jeżeli się podzielimy i pójdziemy w te miejsca.. - przerwałam Jack'owi.
- Jak chcesz geniuszu tam trafić skoro nie mamy pojęcia jak tam dojść? - zapytałam.
- Może twoje duchy nam powiedzą. - z drwią w głowie powiedziała Clara.
- Twierdzisz że zmyślam?! - oburzona wstałam podchodząc do niej.
- Myślę, że świrujesz. - uśmiechnęła się podle. Zacisnęłam wargi. Takie myśli przechodzą mi przez głowę, ale czy ja świruję? Ciszę, która panowała przerwał Eric. Clara uśmiechała się z satysfakcją że swoich słów do mnie.
- Ja idę z Samantą. - oznajmił Eric przywracając mnie do rzeczywistości.
-----
Oj Martin straszysz, a Clara pusta lala XD
W następnym rozdziale będzie dużo o Samancie i Ericu zamierzam w kończy zacząć pisać więcej o nich ;3
BUM! Jestem.. Znowu.. :D Cóż nie potrafiłam nie pisać tego oto powiadamia, a że miałam trochę czasu wolnego to jest.
Nie wiem czy mi wszedł, ale mogę stwierdzic ze jak dla mnie nie jest najgorzej.
Nie mogę wam obiecać, że będę dodawać regularnie rozdziały bo to jest nierealne. BĘDĘ PISAĆ KIEDY BĘDĘ MIEĆ CZAS.
Widzimy się w następnym :3
*Zostaw coś po sobie. Dla mnie to duża motywacja, a dla Ciebie chwila.*

środa, 29 października 2014

INFORMACJA


I tak nikt nie czyta mojego bloga, ale i tak napiszę.
Więc blog zostaje zawieszony na czas nieograniczony. Niestety, ale brakuje mi weny jak i chęci. Szkoła mnie wykańcza, a do tego problemy moje osobiste. Przepraszam, do zobaczenia wkrótce.

piątek, 24 października 2014

4.

Przepraszam za wszystkie błędy oraz niedociągnięcia.

Czwarty dzień. 
Stoję właśnie przed białymi drzwiami, które zjawiły się znikąd. Obok mnie opierał się o ścianę Jack. Przez całą noc nie przymrużyłam oka, więc moje ciało w ogóle ze mną nie współpracuje, a oczy same się zamykają. Moja ciekawość, jak i strach nie pozwalają mi zasnąć. Chęć, aby iść wzdłuż korytarzy szukać dalej jakiś rzeczy jest tak potężna, lecz zmęczenie daje o sobie znaki. Wszyscy próbujemy funkcjonować chociaż odrobinę normalnie, rozmawiać, żartować, mimo wszytko jest to cholernie trudne. Myśl o czymś innym jest trudna, a co dopiero żartować, chociaż droga Clara wcale nie miała z tym problemu. Słysząc donośny dość piskliwy głosik brunetki moja twarz wykrzywiła się w niezadowoleniu. Ten śmiech i to udawanie z siebie wielkiej nie wiadomo jakiej, naprawdę doprowadzało mnie do granic wytrzymałości złości, ale najlepsze jest to, że oprócz mnie nikt nikogo nie denerwuje jej zachowanie, które jest zupełnie nieodpowiednie do sytuacji. Każdy tłumaczy: "Bez tego już byśmy zwariowali. Odpuść trochę." Jak ja mogę odpuścić? Nie potrafię. Oparłam się o zimną ścianę, a woda od razu znalazła się na mojej bluzie. Krzyżując ręce na piersiach, westchnęłam. Oczy same zamykały mi się przy kolejnym ziewnięciu, chociaż starałam się je chociaż odrobinę zahamować. Niestety było to ode mnie silniejsze. 
- Idź się prześpij. Naprawdę stanie i rozpatrywanie się w nie nas nie uratuje. - troskliwy głos przyjaciółki przywrócił mnie do rzeczywistości. Przyjechałam dłonią po swojej twarzy, odkleiłam plecy od wilgotnej ściany, odwracając się prosto w stronę blondynki.
- Wiesz słuchają życiowych opowieści Robinson, więc jest to mało wykonalne. - uśmiechnęłam się sztucznie.
- Przesadzasz. Musisz się do niej przekonać jak ja. - oh nie, Katerina nie przekonała się do niej. Ona przekonała się do jej brata. Zauroczona wyglądem chłopaka nagle stała się jej wierną przyjaciółką. Zawsze wiedziałam, że dziewczyna ma słabość do chłopaków, ale nigdy nie sądziłam, że aż tak. Przetarłam dłońmi twarz, a moje ciężkie nogi, które ledwo utrzymywały ciężar ciała lekko się ugięły. Zmuszona pójściem się przespać ominęłam blondynkę, idąc do pokoju. Wszyscy siedzieli na krzesłach żywo rozmawiając na jakiś temat. Co chwilę padało jakieś wyzwisko, krzyk, klaskanie czy śmiech. Zsunęłam dwa krzesła razem, kładąc się na nich. Po raz kolejny zatęskniłam za miękkim łóżkiem oraz ciszą.

***

Przeglądałam się z uwagą Martinowi, który tłumaczył nam swój plan działania i próbowałam zapamiętać każdy dokładny szczegół zwłaszcza, ze miałam iść z Jack'iem, a każdy wie, ze ten chłopak nawet adresu mieszkania nie jest w stanie zapamiętać dokładnie.
- Raczej zrobił bym to inaczej, dlaczego Katerina razem z Clarą mają iść do tunelu? Nie sądzę, aby mogły to spokojnie przejść, a co gorsza wrócić cało. Nadal nie mamy pojęcia co się tam kryje,a tylko ja z Samantą mamy jakiekolwiek pojęcie. - zauważył dumny że swoich słów Eric.
- Masz rację. - przyznała uśmiechając się Clara, moje kąciki ust lekko się podniosły. Wizja powrotu tam była dla mnie idealna, a moja ciekawość w końcu trochę zaspokojona. - Ale chce tam iść. - otworzyłam szerzej oczy ze zdziwienia. Otworzyłam usta, aby zacząć używać wszystkich argumentów dlaczego to zły pomysł, które wymyśliłam na poczekaniu.
- Świetnie! - uradowana Kate klasnęła w dłonie. Wcale nie widziałam ani odrobinę powodu do radości, spojrzałam na blondynkę zimnym, morderczym wzrokiem. Nadal nie rozumiałam, dlaczego to Martin ma decydować za nas wszystkich, ale jednak inni tego chcą, a ja sama mogę sobie pogadać do siebie, bo nikt mnie nie słuchał. Kiedy wszyscy wszytko ustalili, każdy dostał po latarkę w dłoń ruszając w wyznaczoną stronę.
- Trzymaj się za mną. - powiedziałam do dziewczyny włączając urządzenie.
- Raczej ty powinnaś mnie. - przepychając się do przodu lekko odepchnęła mnie w tył. Wyklinając pod nosem i wykorzystując wszystkie obelgi jakie znam w głowie obrażałam dziewczynę idąca dumnie przede mną, słuchałam kapiącej wody. Kiedy poczułam brak wody pod stopami, a przede mną pojawiły się trzy ciemne korytarze oraz głosy naszych przyjaciół za nami, którzy szli do pozostałych korytarzy lekko się uśmiechnęłam. Może wyglądało to dość dziwnie, ale czym bliżej byłam dowiedzenia się tego, czym jest to coś czułam, jak wszytko we mnie się budzi. Brunetka zatrzymała się świecąc przed siebie, chociaż nie zbyt dużo mogła zobaczyć, bo widoczne były tylko napisy oraz podłoga z kamienia.
- I co? Już nie taka odważna? - śmiejąc się weszłam do ciemnych korytarzy. Świeciłam po ścianach po podłodze, aby uważać na wszelkie przeszkody. Ciche zgrzytanie zębami dziewczyny, prawie deptającej mi po piętach, irytowało mnie. Odwróciłam się świecąc prosto w jej twarz, a ta lekko przymrużyła oczy. 
- Przestań! - powiedziałam wymachując rękoma.
- A co ja mogę?
- Było się nie pchać gdzie nie potrzeba.
- A może Ciebie boli to, że nie poszłaś z Ericem? Albo, ze to mój brat wszystkim rozkazuje, a nie ty? Albo.. - weszłam jej prosto w słowo.
- Skończ. - powiedziałam stanowczo odwracając się na pięcie. Nic z tych rzeczy nie było prawdziwe, oczywiście wolałabym iść z Ericem, a nie z nią. Cóż to, że Martin miał plan to go zrealizowaliśmy w końcu teraz wszytko się liczy. Ja wcale nie byłam zazdrosna o Erica, bo nie miałam czemu. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. Przełknęłam głośniej silne słysząc charakterystyczne szepty oraz Nowy dźwięk jak by ktoś szurał po ziemi ciężkimi łańcuchami. Moje ciało całe się spięło, a brunetka złapała mnie za rękę, jeszcze bardziej się skrzywiłam z niezadowolenia. Próbowałam wsłuchać się w dźwięki, aby chociaż mniej więcej wiedzieć w która stronę mam iść, ale one dochodziły z każdej możliwej strony. Za mną, przede mną, obok mnie po jeden i drugiej stronie jak i nade mną i pode mną. Moje usta zaczęły żale zrzec, a ręce się trząść jednak tym razem nie poddam się tak łatwo strachowi, muszę w końcu dowiedzieć się więcej. Przyczepioną do mnie Clarę lekko odepchnęłam, aby chociaż odrobinę mieć wolnej przestrzeni bo nie czułam się z byt dobrze czując ją Tak blisko. Ruszyłam dalej zaglądając przez ramię za siebie, światło lamp z korytarza znikło całkowicie, a oprócz naszych dwóch latarek nie było żadnego światła. Szłam dalej, czując wodę pod nogami nie zatrzymałam się co chwilę dźwięk stawał się wyraźniejszy. Idąc dalej prawie cała trzęsąca się ze strachu, a moje serce było z bardzo szybką prędkością. 
- Wracajmy. - szepnęła mi do ucha dziewczyna. Zignorowałam to puszczając jej rękę, nieświadomie musiałam ją złapać.
- Kochanie, zabawny się dzisiaj. To będzie twój najlepszy dzień w życiu. Nie daj się namawiać. - słowa jakieś dziwnej melodii rozpłynęły się echem. Stanęłam patrząc zdenerwowana na dziewczynę, którą była w identycznej sytuacji jak ja. Ruszający się cień za nią zwrócił moją uwagę od razu zaświeciłam w tamtą stronę, ale nikogo, ani niczego nie było, tylko niekończąca się ciemność. Głośny śmiech dochodzący z nie wiadomo skąd po czym poczułam jak ściana obok mnie zaczyna się ruszać.
- Czy ja ściana? - zapytała brunetka.
- Tak, biegnij! - krzyknęłam ruszając z całych sił przede siebie. Ściany poruszały się w każdą stronę, a moja orientacja w ciemnym korytarzu była zerowa. Co chwilę potykałam się o jakieś murek, albo cokolwiek to było trzymając za rękę Clarę nie wywrócilam się na szczęście, ani razu. Czułam się jak by ten korytarz nigdy miał się nie skończyć, a to mój koniec, ale widać światło uśmiechnęłam się  przyspieszając niegdyś bym nie pomyślała ze jestem w stanie biec tak szybko. Odetchnęłam, kiedy znalazłam się przed nim, a ściana zamknęła wejście. Korytarz był zamknięty, a głodna muzyka dobiegła do moich uszu roznosząc się echem.
- To już koniec, więcej się kochanie nie zobaczymy. Ty i ja byliśmy jak da oddzielne światy jednak miłość nasza połączyła w dziwny sposób. Do końca życia będziesz śnić o mnie, ale nie zawsze dobrze, pamiętaj o mnie. - próbując wyrównać oddech opadłam na kolana. Schowałam twarz we dłonie, a melodia grającej gitary razem ze skrzypcami ucichła. Chęć odejścia jak najdalej bardzo mi odpowiadała, więc bez żadnych słów ostatnimi siłami ruszyłam mokrym korytarzem do naszych przyjaciół, zastanawiając się co im się przydarzyło. Droga dłużyła się niesamowicie, ale widok oraz odgłosy prawdopodobnie kłótni znajomych uspokoiła mnie. Weszłam do pokoju, gdzie Eric kłócił się wymachując we wszystkie strony rękoma z Martinem. Oparłam się o próg przyglądając się im.
- Co się stało? - zapytałam po dłuższej chwili Kate, która zjawiła się z kuchni.
- Razem z Martinem znaleźliśmy łazienkę, jest woda, bo jak by inaczej, a Jack z Ericem znaleźli broń i Martin nie chce jej dać. - oznajmiła obojętnie blondynka.
- Co?! - krzyknęłam przy czym zwracając na siebie uwagę. Podeszłam bliżej Martina stając na przeciwko mnie jego wzrok był idealny, abym nie miała zbyt zadzierać głowy do góry. - Co ty siebie myślisz? - zapytałam.
- Nie rozumiem. - odpowiedział szukając wzrokiem ratunku u kogokolwiek.
- To ja Ci wytłumaczę. Przychodzisz z nie wiadomo skąd z tym czymś. - wskazałam dłonią na Clarę, która jedynie wywróciła oczami. - Po czym zaczynasz się rządzić, ale wiesz co? Mam Cię kompletnie w dupnie, koleś! Znam ledwo twoje imię i nazwisko, ale więcej nie chce wiedzieć. Chce się stąd wydostać, a mało co nie dostałam zawału słuchając żałosnej muzyki i mało nie przygnieciona ścianą, ale skoro mamy broń to znaczy, ze mamy jej używać! Do jasnej cholery każdy chce żyć, a jeżeli ty nie chcesz to spieprzaj! - skończyłam swój monolog widząc przerażone spojrzenia znajomych. Dałam upust wszystkim złym emocjom, jakie w sobie miałam. Czy poczułam się lepiej? I tak bardzo, na nieszczęście chłopaka to na niego padło.
- Jestem starszy i hej! Też mam Cię w dupie. - odgryzł. Nie pakując kompletnie nad swoim ciałem uderzyłam z otwartej ręki prosto w policzek chłopaka, ale ten ledwo się ruszył. Przecież użyłam całej swojej siły. Zaraz tylko czułam jak chłopak przykłada mi nóż do gardła mocno przyciskając do ściany.
- Co jeszcze chowasz przed nami? - zapytałam widząc przedmiot w jego dłoni, który właśnie lekko ranił moją skórę. Jego wzrok nie oderwał się ani na chwilę od mojej twarzy, a moje pytanie oraz krzyki innych kompletnie ignorował. Jego oczy dosłownie stały się całe czarne i nie mówię o tęczówkach mówię raczej o całych oczach, wyrażały kompletną ciemność, zimno oraz brak uczyć. Mogłam dostrzec swoje odbicie w tej głębi ciemności. Po chwili jego czy stały się normalne, a niebieskie tęczówki wróciły na swoje miejsce. Otworzyłam oczy nie dowierzając.

 __________________
Więc mamy kolejny rozdział! Mam nadzieję, że się podoba bo ja nie jestem w pełni z niego zadowolona. Jak wrażenia po teledysku Steal my girl? dla mnie jest genialny *.*

*Skomentuj. Dla ciebie to chwila, a dla mnie wielka motywacja.* 

sobota, 11 października 2014

3.

Przepraszam za błędy oraz inne niedociągnięcia. 

Trzeci dzień. Nieznajoma dziewczyna nadal się nie obudziła, przez chwilę przeszła mi przez głowę myśl, ze ona nie żyje. Na szczęście nadal oddycha. Eric nadal nie odezwał się do nikogo ani słowem, ciągle siedzi gdzieś z dala od nas wpatrując się w przestrzeń. Katerina razem z Jack'iem chodzą szukać nowych miejsc, ale w przeciwną stronę niż korytarze, a ja. Ja po prostu siedzę martwiąc się o wszystkich i czekając na jakiś cud. Jedyną rzeczą jaką bym chciała zrobić, dowiedzieć się kim ona jest i co wie oraz wrócić tam. Może zwariowałam, albo życie mi nie mile jednak to co tam się kryje jest tajemnicą, którą bym odkryła. Spojrzałam na przyjaciela, siedział tak samo odwrócony w stronę ściany opierając się o krzesło. Podeszłam do niego siadając obok, muszę przyznać, że strasznie tu niewygodnie. Chłopaka duże brązowe oczy ani na chwilę nie spojrzały w moją stronę. Nie wiedząc co zbyt robić, po prostu przytuliłam się do niego, był wręcz lodowaty, ani drgnął.
- Umrzemy. - wyszeptał.
- Tego nie wiemy. - stwierdziłam
- A co może się zdarzyć? - ciche jęki odbiegające za mną odwróciły naszą uwagę. Chciałam wstać i dziękować dziewczynie za to, nie znałam odpowiedzi na jego pytanie, a fakt, ze coś powiedział uszczęśliwił mnie. Podniosłam się z zimnej podłogi, brąz włosa piękna dziewczyna leżała trzymając się za głowę, za pewnie nie otworzyła oczu stąd brak jej paniki. Dotknęłam jej dłoni, brunetka podarowała się do pozycji siedzącej.
- Kim jesteś? Gdzie ja jestem? - zapytała zaprezentowana.
- Spokojnie. Ja jestem Samanta, a to Eric. - wskazałam na chłopaka stojącego za mną.
- A ja, ja, ja jestem Clara, Clara Robinson. - dziewczyna jąkała się trzymając za brzuch.
- Boli Cię coś?
- Nieistotne. Gdzie jestem?
- Nie wiem. My tu trafiliśmy trzy dni temu. Pamiętasz cokolwiek? - pokręciła przecząco głową, westchnęłam.
- Chociaż. - podniosła się, obserwowałam z uwagą każdy jej ruch. Ciało miała idealne, ruchy zresztą też. Nic jej nie brakowało, a mi? Przy niej jestem brzydkim kaczątkiem. - Ostatnie co pamiętam, jak kłóciłam się z bratem o mój wyjazd do Nowego Yorku. Właśnie, widział ktoś mojego brata? Ma na imię Martin. 
- Nie, niestety nie.
- A wy? Coś więcej pamiętacie, wiecie?
- Jeszcze jest dwójka naszych przyjaciół. Razem tutaj jednego dnia trafiliśmy. Wiemy gdzie jest kuchnia, ale nie zbyt wyposażona. - podsumowałam.
- I ze dzieją się tutaj dziwne rzeczy. - wtrącił Eric.
- Jak i nic więcej nie pamiętamy. - dodałam. Clara usiadła na jednym z krzeseł nerwowo poruszając nogą. Dlaczego lampy się nie zapaliły, a może otworzyła się jakaś inna rzecz? Eric siedział wpatrzony w nową dziewczynę jak obrazek, jego wzrok dosłownie ją pożera. Nie czuje się zazdrosna, po prostu nie możemy się zakochiwać zwłaszcza w takich sytuacji, przecież to może tylko nam zaszkodzić. Obgryzałam nerwowo paznokcie, wyrosłam z tego już dobrych kilka lat temu, ale nawyk powrócił. Do pokój obiegła dwójka przyjaciół, wyglądali jak by przebiegli jakiś maraton, dyszeli ze zmęczenia.
- Co się stało? - przytuliłam roztrzęsioną dziewczynę.
- Ściany zaczęły się ruszać, myślałam, że nie wyjdziemy z tego cało. - powiedział Jack.
- Jak to zaczęły się ruszać?! - przestraszona Clara wyszła z ciemnej części pokoju, za nią Eric. Ciekawe co robili tam razem? Może, po prostu siedzieli i rozmawiali, a ja dramatyzuje? Przerodziłam się swoją głupotą, przecież to było oczywiste.
- Kim jesteś do cholery? - zapytał Jack.
- Clara, a ty za pewnie Jack i Katerina.
- Oho, już jej nie lubię. - szeptała mi do ucha Kate. Dziewczyny charakter oraz zachowanie jest podobne do Emily, naszego wroga numer jeden. Dziewczyna była tak zdesperowana, aby zmanipulować potem odebrać mi czy Kate każdego chłopaka, albo w jakikolwiek sposób uprzykrzy nam życie, że zaczęło nas to irytować. Clara stała robiąc maślane oczy do chłopaków, miałam ochotę ją zamknąć gdzieś w jakimś pokoju, aby nie mieć żadnych kompleksów.
Czy ja naprawdę myślę o kompleksach właśnie teraz? Cóż.
- Podobno masz brata? - zapytała Katerina.
- Tak, nie wiem czy tu jest, ale możemy go poszukać? - zapytała.
- Chyba nie zbyt się nim przejmujesz. - stwierdziłam.
- Nie mamy zbyt dobrych relacji. - westchnęła.
- To może pójdę razem z Clarą? - zaproponował Eric. Przewracając oczami usiadłam na krześle, naprawdę nie miałam czasu, ani chęci na to patrzeć. Nie jestem zazdrosna, przecież jesteśmy tylko przyjaciółmi, tylko.
Oh, jestem beznadziejna.
Nie mogę tak bezczynnie siedzieć, to bez sensu. Nie w moim stylu. Wstałam zabierając latarkę z podłogi, nikt nawet nie zwrócił na mnie uwagi.
- Jack? Pójdziesz, że mną? - zapytałam.
- Gdzie? - spytała Katerina. Spojrzałam na nią z nadzieją, że zrozumie.
- Tam.
- Zwariowałaś! - wykrzyczał Eric.
- Ktoś musi. Ty idź szukaj braciszka, ja idę się dowiedzieć co to jest.
- Jasne, chodźmy.
- Nie. Byłem tam, myślę, ze to ja powinienem iść. Niech Jack pójście z Clarą.
- Tak i przypominam Ci, że nie odezwałeś się do nikogo przez prawie dwa dni. Wybacz, idę z Jackiem.
- Jack pójdzie chętnie z naszą nową śliczną koleżanką, prawda?
- Ja-jasne. - zdenerwowany blondyn odpowiedział.
- Jak chcesz, ale ja potem nie będę twoim psychologiem.
- Nie byłaś nim. - ignorując bruneta ruszyłam w tajemniczą stronę. Świeciłam latarką tak, abym na nic nie wejść, chłopak milczał. Woda pod moimi nogami znacznie mniej chlapała, a lampy coraz częściej migotały. Mój wzrok nie dawał sobie rady z społecznością, musiałam mrugać co chwilę. Przeszłam przez miejsce gdzie przeważnie słyszę głosy, tym razem panowała kompletna cisza. Eric trzymał się tuż za mną trzymając drugą latarkę w ręku, dziwne dreszcze przeszły przez moje ciało. 
Rozumiem, ze ona ma dużo lepszy wygląd ode mnie, ale kto nie przejmuje się własnym bratem? Ta dziewczyna mi bardzo nie pasuje, jest zbyt spokojna, zbyt obojętna. Jeszcze mogła myśleć o jakiś podrywach czy czymś więcej.
- Myślisz, ze jej brat jest ostatnim? Może wtedy otworzą się jakieś drzwi czy coś. - wyszeptał.
- Nie wiem co myśleć mam. Czas pokaże. Zresztą ta dziewczyna wydaje się mieć głowę na karku. Może się przydać. - Oh to z pewnością ma. Przydać? Do rozmowy o paznokciach? Sama ugryzłam się w język za to co powiedziałam, kompletnie kłamałam.
Ale cóż, jestem miłą osobą.
Stałam przędzy tymi samymi korytarzami, a mój mózg powtarzał tylko, aby się zawrócić, a ciało oblał strach, ale nie mogę, muszę się dowiedzieć.
- Ten po lewej. - wskazałam palcem. Dobrze pamiętam, ze to właśnie do środkowego chodziliśmy teraz czas na inny. Ruszyłam przed siebie cała się trzęsąc, ręką na moich plecach Erica dodawała mi odwagi. Ten był inny, jego mury były całe białe bez ani jednego rysunku, podłogę nie wypełniała woda tylko panele, a do ścian były przyczepione jakieś świeczki. Po wyglądzie nie wygląda tak źle, mam nadzieję, że nic w nich się nie kryje.
Muzyka. Jakaś muzyka, nieznana mi melodia dochodziła z głębi korytarzu.
- Stój. - stanęłam jak chłopak mówił. - Coś tu jest. - nic kompletnie nie słyszałam oprócz jakieś melodyjki. Tęsknię za swoją komórką, słuchawkami i muzyką. Bez tej rzeczy jest trudno przetrać.
- Nic nie słyszę oprócz muzyki.
- Jakiej do cholery muzyki?
- Wracamy. - złapałam chłopaka za rękę. Szybko zaczęliśmy się kierować do wyjścia, brunet zrobił się cały blady, a przyjemna muzyka wcale nie ucichła prawdę mówiąc walce mi to nie przeszkadzało. Ledwo nadarzałam za szybkim krokiem chłopaka, jego długie nogi przy moich krótkich na prawdę dobrze nie wyglądały. Przed drzwiami stała Katerina jakieś chłopak (prawdopodobnie braciszek) gwiazdeczka oraz Jack.
- To on? - zapytałam. Chłopak był na prawdę przystojny, ale na pewno starszy ode mnie jak i reszty. Miał krótkie brąz włosy, bardzo dobrze zbudowane ciało, nie należał do najwyższych, ale na pewno był wyższy ode mnie. Kiedy miał już coś powiedzieć obok nas rozniósł się głośny pisk jak by ktoś zaczął krzyczeć biegnąc w naszą stronę. Każdy trzymał się za uszy krzycząc. Ból był nie do zniesienia, jak ktoś by mi chciał rozerwać uszy. Nagle nastała piękna cisza, a obok nas uchylił się stare, nawet bardzo stare drzwi, których na pewno nie było tutaj wcześniej.
- Co do kurwy? - zapytał nowy znajomy. Nie ujęłabym tego lepiej.




----
WIEM OKROPNY ZA CO BARDZO PRZEPRASZAM! Nie wyszedł jak miał wyjść, ani trochę nie jestem z tego rozdziału zadowolona, ale brak czasu (cóż szkoła, eh) zmusił mnie do wstawienia tego, ponieważ czytaliścieby o wiele dłużej, a i tak was przeczytałam. Kolejny nie jestem W stanie powiedzieć kiedy będzie. Postaram się jak na szybciej. Kocham was ❤

SKOMENTUJ, DLA CIEBIE TO CHWILA, A DLA MNIE MOTYWACJA. 

Zwiastun.

Było ciężko, ale jest :D Oficjalny zwiastun Crazy House :)







czwartek, 2 października 2014

2.

Godziny ciągnęły się niesamowicie. Minął jeden dzień, a ja czuje się jakby to był już tydzień. Moje zaspane oczy skanowały cały pokój, światło dochodzące z korytarza wystarczyło, abym zobaczyła, że wszyscy jeszcze śpią. Najciszej jak potrafiłam odsunęłam krzesła, tak abym mogła wyjść. Wzrokiem zaczęłam szukać latarki, którą wczoraj znaleźliśmy. Jack przytulał się do niej jak do pluszowego misia, a ja po prostu nie mogłam się nie uśmiechnąć. Ukucnęłam delikatnie zabierając latarkę, blondyn nie chciał mi jej oddać, jednak po małym szarpaniu udało mi się ją zabrać. Obeszłam ostrożnie wszystkie "łóżka" i wyszłam. Światło dzienne nie dochodziło tutaj, zostawały nam tylko te lampy, które co chwila migały, a widoczność była jeszcze bardziej utrudniona. Idąc korytarzem w poszukiwaniu jakiegokolwiek jedzenia czy picia, miałam wrażenie, ze wody jest znacznie mniej. Moje trampki do końca nie wyschły więc nie czułam jak woda wlewa się do moich butów. Światła się kończyły, a głosy w mojej głowie zaczynały się pojawiać. Biłam się z myślami czy powinnam iść dalej, albo zawrócić.
- Co ty tu robisz sama? - odwróciłam się. Latarka prosto świeciła na osobę przede mną. Brunet zasłaniał ręką rażące światło.
- Nigdy mnie tak nie strasz! A zwłaszcza tutaj. - powiedziałam oburzona.
- Nie chciałem Cię przestraszyć. - powiedział chłopak zabierając mi z ręki latarkę. - Przepraszam, ale ty nie powinnaś wychodzić sama. Zwłaszcza tutaj. - stwierdził z troską Eric. - Właściwie, co tutaj robisz?
- Szukam jakiegoś jedzenia, picia, czegokolwiek. - oznajmiłam.
- To chodzimy razem. - ruszyłam za Eric'em. Moja ciekawość była zbyt silna, aby zawrócić i zignorować szepty. Próbując je chociaż odrobinę zrozumieć trzymałam mocno kawałek bluzy chłopaka. Na ścianie już nie pokazywały się żadne drzwi, ale głosy nadal były kompletnie niezrozumiałe. Westchnęłam z bezsilności, kiedy wszytko ucichło, słyszałam jedynie ciche stukanie czymś metalowym o ścianę, podobnie jak Katerina kiedy ją znaleźliśmy. Aby upewnić się ze tym razem nie tylko ja to słyszę spojrzałam na Erica, chłopak w uwagą wpatrywał się we trzy tunele. Ciężko było stwierdzić z którego dochodzi ten dźwięk zwłaszcza jakie echo przychodziło się po korytarzu.
- Idziemy? - zapytał.
- Jesteś pewny?
- Nie. - zrobiłam krok do przodu. Strach był we mnie wszędzie, w głowie słyszałam jedynie "Nie idź." albo "To się źle skończy!", moje ręce całe się trzęsły, a warga krwawiła od jej zagryzania, aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Wody nie było wcale, a na murach same graffiti. Muszę przyznać, że czuje się jak w jakimś tunelu, który prowadzi na drugą ulice w centrum. Wszystko wyglądało tak normalnie, brakowało tylko schodów na dwór, które bardzo by się przydały.

Śmiech. Śmiech, który nie należał Ani do mnie, ani to mojego towarzysza. Zatrzymałam się gwałtownie, latarka zgasła, a śmiech stał się bardziej wyraźny. Jak by to co się stało było tuż obok mnie. Mocno trzymałam Erica, ciemność jaka była obok nas uniemożliwiała mi zobaczenie czegokolwiek i kogokolwiek. Chłopaka ręce objęły mnie przesuwając do siebie, czułam jak moje serce biło jak by zaraz miało wyjść z mojej klatki piersiowej. Cisza, wytrzymałam oddech zresztą nie tylko ja. Staliśmy wtuleni w siebie, nic nie widząc i słysząc. Latarka zapaliła się, nie czułam bliskości chłopaka, zanim zdążyłam się odwrócić latarka upadła na podłogę robiąc okropny hałas przy tym. Podniosłam ją, na szczęście jeszcze świeciła, świeciłam dookoła szukając chłopaka. Nigdzie do nie było, nagle jak by wyparował. Nigdy w życiu nie bałam się jak teraz, byłam bliska płaczu, albo jakieś histerii.
- Samanta! - słysząc krzyk Erica szybko zaczęłam się rozglądać. - Zostaw mnie! - znowu. Widząc chłopaka wciąganego za jakiś zaułek, którego wcześniej prawdopodobnie nie było, albo przynajmniej nie zauważyliśmy go. Podbiegłam do niego łapiąc za ręce, ciągnęłam odpychając się nogami od muru za ręce chłopaka, wszytko działo się tak szybko, ze nie byłam w stanie myśleć. Nagle poczułam ciało chłopaka na sobie, pomagając sobie nawzajem wstaliśmy ruszając najszybciej jak potrafiłam przed siebie. Stojąc pod lampami odetchnęłam z ulgą. Moje ciało całe się trzęsło, płuca bolały od braku tlenu, Eric wcale nie wyglądał lepiej. Jego policzki były mokre od płaczu, a wyraz twarzy obojętny. Złapałam za jego rękę, podskoczył zabierając ją.
- Gdzie wy byliście?! - zapytała biegnąca Katerina z Jack'iem w naszą stronę. - Nic wam nie jest? - złapała Erica za ręce jednak ten szybko się odsunął, znikając w pokoju.
- Nie wiem. - wzruszyłam ramionami. Co mogłam im powiedzieć? Sama zbyt wiele nie wiedziałam oprócz tego, ze nie jesteśmy sami i cokolwiek chowa się w tych korytarzach wcale nie ma przyjaznych zamiarów wobec nas. Usiadłam na zimnej ziemi, twarz schowałam w dłoniach, a nogi podkuliłam pod brodę. Czemu właśnie my? Dlaczego nie mogę jak inne dziewczyny w moim wieku pracować w jakieś firmie, obgadywać koleżanki z pracy razem z jakaś inną. Zakochać się w jakimś chłopaku, który okaże się żonaty? Oh, wole o wiele taki scenariusz mojego życia niż ten jaki przeżywam. Spojrzałam przed siebie, przy ścianie widoczna była osoba, Eric siedział w ciemnościach kompletnie sam. Tak bardzo chciałbym iść do niego, powiedzieć, ze wszytko będzie dobrze, ale jaką miałam gwarancję że tak będzie? Przecież w naszym wypadku to najgłupsza odpowiedz jaką można usłyszeć.
- Powiesz co się stało? - zapytała Katerina siadająca obok mnie.

   ***
Pijąc wodę, którą udało mi się odnaleźć siedziałam wpatrując się w jakiś bardzo stare obrazy. Nie mogąc myśleć o Ericu, stworze które chowa się w korytarzach, po prostu ruszyłam szukając czegokolwiek. Nie wiem jak mi się to udało, ale znalazłam kuchnie, w której było jakiś jedzenie. Generalnie same zupki Chińskie, co wydało się jeszcze bardziej dziwne? Był i gaz. Tak mamy kuchnie, jestem pewna, że łazienka też jest, za pewnie również działa bo jak by inaczej. Marzyłam tylko o wygodnym łóżku, a przed tym gorąca kąpiel, ale zaraz wracałam do rzeczywistości i widziałam zniszczone ściany razem z wodą w korytarzu oraz krzesłami, które wyglądają jak by zaraz miały się rozpaść.
- Nie odezwał się ani słowem. - westchnęła Katerina siadając na jakimś blacie całym w kurzu.
- Wiesz, nie wiadomo co się tam działo. Co on widział, a czego ja nie. Dajmy mu czas. 
- Ale go nie mamy! Ocknij się! Nie jesteśmy na wakacjach! - dziewczyna podnosząc głos wymachiwała rękoma.
- Coś ty nie powiesz?
- Chodzi tylko o to, ze nie mamy czasu na jakiekolwiek załamania. Trzeba się stąd wydostać. Przykro mi, ale bez łazienki oraz na samych przeterminowanych zupkach nie zamierzam żyć.
- Wiem, ale nie wiesz co on zobaczył. Nie wiesz jak to jest. Musimy się wspierać, a nie nawzajem obwiniać! To żadnego z nas wina.
- A czy ja mówię o czyjejś winie?
- Tak, napiłbym się wina. Najbardziej lubię czerwone, a wy? - wchodząc do kuchni Jack przerwał nam rozmowę. Ignorując go, zostawiłam ich samych. Słysząc okropny huk podbiegłam do pokoju w którym siedział Eric. Na środku leżała nieprzytomna dziewczyna, którą widzę po raz pierwszy na oczy.

wtorek, 30 września 2014

1.

- Rusz się! - pośpieszał mnie Jack. 
Biegłam tak szybko jak tylko potrafiłam, a i tak byłam na samym końcu. Reszta biegła o wiele szybciej. Jestem pewna, że to wina mojej fatalnej kondycji. Słyszałam jedynie szczekanie psów oraz głośne kroki obijające się echem o drzewa. Próbując nie patrzeć za siebie, uważałam na wszelkie przeszkody na mojej drodze. Przewrócić się właśnie teraz to byłaby najgorsza rzecz, jaką można zrobić. Policja biegnąca za mną wcale nie pomagała myśleć pozytywnie. Nie chciałam w wieku dwudziestu lat siedzieć w więzieniu przez jedną, małą rzecz. Pół roku temu razem z moimi przyjaciółmi złamaliśmy jakiś tajny, ważny kod dla naszego przyjaciela. Kiedy zobaczyliśmy nasze zdjęcia w wiadomościach i napis "Poszukiwani", postanowiliśmy uciec, zostawiając wszytko. Nie było to łatwe. Rodzina nie ma z nami kontaktu, ani nikt inny, bo od razu nas namierzą. Boję się, ze będę mieć tak do końca życia. Spojrzałam za siebie i widząc świecące latarki prosto na mnie, poczułam jak tracę grunt pod nogami. Przestraszona, że właśnie się przewróciłam zamknęłam oczy, czekając, aż mnie zabiorą. Cisza. Kompletna cisza. 
       Zdezorientowana otworzyłam oczy. Wokół mnie panowała kompletna ciemność, nic nie widziałam. Słyszalny był tylko mój ciężki oddech. Podniosłam się do pozycji siedzącej i poczułam okropny ból w nodze, a moja ręka automatycznie złapała za nią. Na szczęście nie czułam krwi, ani nic innego przez co miałabym być niespokojna. Czując coś twardego za moimi plecami, (za pewnie ścianę) zaczęłam się powoli podnosić. Ciche jęki bólu wydobywały się z moich ust. 
- Cholera. - mruknęłam pod nosem widząc brak zasięgu w mojej komórce, a już miałam cichą nadzieję, że zadzwonię po jakąkolwiek pomoc. Włączając flesza zaczęłam świecić po pomieszczeniu. Byłam całkiem sama. Otaczały mnie tylko stare, zakurzone meble oraz drzwi. Bez zastanowienia ruszyłam w ich stronę. Były całe białe, wyglądały jakby nikt ich nie otwierał przez dobrych kilka lat. Poruszyłam za klamkę, zamknięte, świetnie! Mogłam tylko usiąść w kącie i w ciemnościach płakać, ale przecież tego nie zrobię, muszę się stad jakoś wydostać. Na moje szczęście nauczyłam się otwierać drzwi wsuwką do włosów, cóż czasami bywało ciężko. Odpięłam z włosów czarną wsuwkę, próbując otworzyć drzwi. Nagle te uchyliły się. Wychyliłam się- oczywiście panowała kompletna ciemność, a odgłos kapiącej wody roznosił się po korytarzu. Ruszyłam przed siebie trzymając telefon tak, aby oświetlał mi drogę. Ręka trzęsła mi się ze strachu, jakbym wychodziła z jakiegoś nałogu. Woda pod stopami moczyła moje trampki. Czekałam tylko na to, jak coś wyskoczy albo zobaczę ducha, jak we wszystkich tych horrorach, które oglądałam. Muszę przyznać, że sama się czuję, jakbym w jakimś grała. Szłam przed siebie, a końca korytarza nie było widać. Co chwilę mijałam jakieś drzwi, prawdopodobnie tak samo stare jak reszta. Czując jak coś dotyka mnie za ramię zaczęłam krzyczeć. Uciekać nie mogłam ponieważ moje nogi nie współpracowały ze mną ani odrobinę. Odwróciłam się powoli świecąc moją latarką prosto na osobę. 
- Eric?! - wykrzyczałam. Nie wiem, czy właśnie cieszyłam się jak dziecko, czy raczej byłam śmiertelnie przerażona. Wtuliłam się w przyjaciela najmocniej, jak umiałam. 
- Gdzie jesteśmy? - zapytał. 
- Nie wiem. - odpowiedziałam szczerze. Bo przecież nie miałam bladego pojęcia, gdzie jesteśmy. Odsunęłam się słysząc jakiś dźwięk. Coś przypominającego zapalanie się lampy w jakimś budynku. Pod nami zapaliły się cztery duże światła, co było jeszcze bardziej dziwniejsze i przerażające. Spojrzałam na chłopaka, był tak samo zdziwiony jak ja, więc mocniej ścisnęłam jego rękę. 
- Chodź. - powiedział prawie niesłyszalnie. 
- Gdzie? - nie dostałam odpowiedzi. Musiałam biec, aby dotrzymać kroku Ericowi. Chłopak niemalże biegł, a ja nie miałam już prawie sił. Znowu nastała kompletna cisza. Słysząc krzyki i wołanie o pomoc z pokoju obok, zatrzymałam się. Złapałam za klamkę próbując otworzyć drzwi, ale te ani drgnęły. Krzyki, piski, klaskanie i muzyka nasilały się. Zakryłam uszy, aby tylko nic nie słyszeć. Te dźwięki były okropne, jakby ktoś krzyczał w mojej glowie. Próbowałam skupić się na jednym, ale nie potrafiłam. Krzyknęłam z bólu, jaki czułam, a Eric trzymał mnie, abym nie upadła. 
- Samanta! - krzyczał chłopak. Nagle wszytko ucichło i słyszałam tylko spadające krople wody. Podniosłam się, wycierając mokre policzki od łez. 
- Słyszałeś? - wyszeptałam. 
- Co? Nie. Słyszałaś coś? 
- To jakby z tych drzwi ktoś krzyczał o pomoc. To było przerażające. - wskazałam palcem na nie. 
- Ale tam nie ma drzwi. - spojrzałam w stronę drzwi, których faktycznie nie było. Mogłabym przysiąść, że one właśnie tam były. 
- Co do... - przerażona jeszcze bardziej zaczęłam się trząść. Moje serce waliło jak szalone, aż zapomniałam jak się oddycha. 
- Ruszajmy dalej. - ręka na moich plecach Erica pchała mnie lekko, aż sama ruszyłam. W mojej głowie roiło się od pytań i dziwnych scenariuszy, chociaż co jeszcze może się zdarzyć? Prawdopodobnie wszytko. Nie pamiętałam jak się tu znalazłam, ani jak moje życie wyglądało rok temu. Jedyne, co pamiętam to ucieczkę przez las. Reszta jakby nie istniała nigdy. Mój telefon zaczął wibrować informując o niskiej baterii. Jeżeli rozładuje się mój, później jego telefon to będziemy siedzieć na wodzie nad lampami, jeśli się jeszcze palą. 
- Myślisz, że jest stąd jakieś wyjście? - zapytałam. 
- Zawsze jakieś jest. Dopóki mamy działające telefony musimy odnaleźć resztę.
- A jeżeli ich tu nie ma? 
- Nie wiem, ale wolę to, niż siedzieć i czekać na śmierć. - przytaknęłam. Miał całkowitą rację, lepsze to niż siedzieć bezczynnie. Moje białe trampki były całe mokre i czarne, przez co było mi jeszcze bardziej zimno. Eric był brudny jak by w kurzu, za pewnie wylądował w bardzo stary pokoju. Chłopak był krótkowłosym brunetem o brąz oczach i bardzo jasnej cerze. Był całkiem przystojny. Jego ręka kurczowo ściskała moją. Nie czując wody pod nogami rozejrzałam się. Przede mną były trzy korytarze. Zaśmiałam się, mimo że wcale nie było mi do śmiechu. Czułam się jak w jakimś kiepskim horrorze i jedyne, co mi zostało, to śmianie się. 
- Przeważnie w filmach to ten po prawej. - odparł Eric. 
- Boże, co to za miejsce? 
- "Crazy House." Opuszczony zakład psychiatryczny. - odwróciłam się gwałtownie słysząc trzeci głos. Latarka świecąca prosto w oczy uniemożliwiała mi zobaczenia osoby, ale głos miała bardzo znajomy. Dolna warga znowu zaczęła mi drżeć ze strachu. Światło latarki opadło na podłogę, a nasze telefony od razu zaświeciły w stronę osoby. Przede mną stał wysoki blondynek z urodą czternastolatka. 
- Jack! - krzycząc jego imię, przytuliłam się do chłopaka. 
- Znalazłeś Kate? - zapytał zza moich pleców Eric. 
- Niestety nie. Obudziłem się w jakieś piwnicy, a na moim brzuchu smacznie sapał biały szczur, a potem szukałem was, a co tam u was? - nie mogłam się nie uśmiechnąć. Jack nawet w takich chwilach, wszystko próbuje obrócić w żart, co u niego jest normalne. Odsuwając się od przyjaciela usłyszałam ten sam dźwięk. Zapalane się światła. Spojrzałam w górę jednak nic się nie zapaliło. Razem z Ericem ruszyliśmy biegiem zobaczyć co się stało. Nie zwracając wagi na wodę, czy inne rzeczy po prostu biegłam, chcąc się dowiedzieć, co się dzieje. 
- Zapaliło się. Teraz jest ich więcej. - oznajmił Eric. Z pięciu zrobiło się może z dwadzieścia palących się lamp. 
- To nie jest normalne. - Jack zdezorientowany patrzył na światło jak by je widział pierwszy raz. 
- Tu nic nie jest normalne. - stwierdziłam. Oparłam się plecami o ścianę, nie miałam ochoty, ani siły na dalsze chodzenie czy bieganie. Pocierając ręce o siebie, jakby to miało dodać mi więcej ciepła, przysłuchiwałam się rozmowie chłopaków. 
- Skąd wiedziałeś gdzie jesteśmy? - zapytał Eric. 
- Tam gdzie się obudziłem była taka stara tabliczka, jak nic on jest opuszczony już z dobrych kilka lat. 
- Jak dla mnie to nie wygląda jak zakład psychiatryczny. 
- Może była powódź, czy coś. - stwierdziłam. Było mi tak zimno, że aż sprawdziłam czy nie tworzy się para w powietrzu, ale na szczęście nie tworzyła. Będąc ubrana w bluzę, zwykły t-shirt oraz zwyczajne spodnie mogłam się dziwić, czemu jest mi tak zimno, zwłaszcza w przemoczonych butach. 
- Nie będziemy spać na wodzie. Chodźcie, znajdziemy jakiś pokój. - zaproponował Jack, ale po minie Erica można było bez trudności zauważyć, że bez odnalezienia Kate nie zamierza iść spać. Kto mówił o jakimkolwiek spaniu? Miałam sobie pójść smacznie spać, nie zwracając uwagi na nic innego? A Katerina mogła gdzieś cierpieć, nic nie mieliśmy, ale w tych warunkach, gdzie czuje się jak po maratonie, nie mam siły, ani głowy do myślenia. 
- Myślę, że to dobry pomysł. Jutro będziemy lepiej myśleć. Odnajdziemy ją. - pocieszająco spojrzałam na niego. 
- Nawet pomijając ją. Chcecie pójść spać? Czy wy się dobrze czujecie?! Jesteśmy niewiadomo gdzie, niewiadomo skąd się tu wzięliśmy, a wy chcecie iść spać?! - wręcz krzycząc Eric wymachiwał rękoma. 
- Nikomu nie jest łatwo! My też nie wiemy, co się tutaj dzieje! W mojej głowie jest więcej pytań, niż kiedykolwiek w moim życiu! - dałam upust swoim nerwom. - Po prostu nie znajdziemy nic w takim stanie. - skończyłam już nieco spokojniej. 
Nie dostając żadnej odpowiedzi, po prostu ruszyliśmy przed siebie. Szliśmy, szukając jakiegoś otwartego pokoju blisko światła. Większość była zamknięta, ale jak zawsze w horrorze, jedno jest otwarte. Szkoda, że nie ma w nim materaców czy jakichś łóżek. Niestety, ale to nie jest plan filmowy, a rzeczywistość i nikt nie zapłaci mi za to miliony. Przeszłam przez otwarte drzwi, które wyważył Jack. Pokój był ogromny, cały zapełniony w krzesłach i stołach. Coż krzesła całe w kurzu musiały nam wystarczyć. Miałam nadzieję, że tylko się nie rozpadną ze starości. Usiadłam ostrożnie na jednym, trzymało się więc od razu wzięłam drugie, na którym położę nogi. Zasuwając swoją bluzę do końca (co nie zbyt więcej dało), a do kieszeni chowając dłonie, zamknęłam oczy. Chłopaki poszli w moje ślady, robiąc to samo. 
- Jak myślicie są tu duchy? - zapytał Jack. 
- To nie film. - oznajmił z powagą Eric. 
- Ja tam czuje się jak w kiepskim horrorze. - powiedziałam. 
- No właśnie! Bierzemy się tu nie wiadomo skąd. Jeszcze nie pamiętam nic, oprócz ucieczki w lesie, przynajmniej ja tak mam, a później dzieją się jakieś dziwne rzeczy. - oburzony Jack opisał wszytko. 
- Masz rację, ale.. - nie dokończyłam słysząc wołanie o pomoc oraz głośne uderzenia w ścianę. jakby czymś metalowym. Tym razem chyba nie tylko ja skoro chłopaki poderwali się wylatując biegiem z pokoju. Sama ruszyłam za nimi. Widok Kate siedzącej w wodzie, całej we łzach, trzymającej w ręku kawałek rury całkowicie mnie zdezorientował. Zanim się obejrzałam, chłopaki stali obok niej, a Eric pomógł jej wstać. Ten sam dźwięk po raz kolejny. Dobrze wiedzieliśmy już, co on oznacza. Tym razem światła zaczęły się zapalać jedno po drugim. Jak by my jesteśmy kluczem, a za spotkanie następnej osoby, przechodzimy do kolejnego etapu. Teraz ten horror zmienia się w grę komputerową, idealnie. W obydwie strony zaczęły się zapalać nagle znowu zaległa cisza. Z daleka widoczne były niezapalone lampy. 
- Skoro nas jest czwórka, a nie wszystkie się zapaliły. - zaczął Eric. 
- Nie jesteśmy sami. - skończyłam, a przerażanie we mnie rosło z kolejną chwilą.

poniedziałek, 29 września 2014

Prolog.

- Więc twierdzi Pani, że była uwięziona w opuszczonym zakładzie psychiatrycznym? - spytał z niedowierzaniem kolejny raz mój psycholog.
- Tak. Tłumaczę panu, że trafiliśmy tam pół roku temu. - westchnęłam. Ten facet jest bardziej denerwujący niż samo wspomnienie, które było dla mnie koszmarem. A to ludzie uważają mnie za wariatkę.
- Dobrze, rozumiem. - w tym problem, że wcale tego nie rozumiał. Mówił tak za każdym razem, codziennie. Starszy mężczyzna założył swoje okrągłe okulary. Ciągle widzę w nim Harry'ego Pottera, brakuje mu tylko różdżki oraz młodszego wyglądu. Zerkając co chwila na zegarek, odliczałam w myślach czas do końca tej trapi, która miała w zadaniu pomagać, a tak na prawdę ciągle wmawiano mi że jest ze mną coś nie tak i chcieli prawdy, której nie znałam.
- Samanta. Musisz mi w końcu powiedzieć co się stało tak na prawdę. - starszy Harry Potter zamknął czarny zeszyt, w którym jest opisywana każda terapia, nie zbyt przyjemne.
- Nie ważne co powiem, Pan i tak uzna, że kłamię.
- Po prostu chcę Ci pomoc, a to, co mówisz jest nie zbyt wiarygodne.
- Dobrze, więc będę kłamać, skoro to mi pomoże. - odwróciłam się w stronę białych drzwi z kratami. Czas dłużył się niesamowicie, w palcach przewracałam niezapalonego papierosa.
- Nie chodzi o to. Chcę, abyś powiedziała prawdę.
- Mówię prawdę! - wstałam podnosząc głos. Ciągle to samo, a i tak nie rozumiał. Harry Potter wstał, powtarzając ciągle "uspokój się." Wywracając oczami usiadłam na czarnym fotelu. Białe ściany i ani jedno okno w tym pokoju miało chyba służyć, żebyśmy się przestraszyli, albo czuli jak w klatce, chociaż oni mają czasami lepiej niż my tutaj.
- Dobrze, może powiesz mi co tu widzisz?
- Motyla. - odpowiedziałam widząc czarnego motyla na kartce, która była przed samym moim nosem.
- Motyla? Jak dla mnie to wiewiórka.
- Co ma wspólnego i podobnego wiewiórka z motylem?
- Nic, ale ja widzę wiewiórkę.
- Nie, to jest motyl. Tu ma skrzydła, a wiewiórki mają ogon. - pokazując palcem na czarnego motyla na białej kartce całkiem zapomniałam o innych rzeczach.
- To może zaczniemy od początku? - spytał. Westchnęłam przytakując.

Bohaterowie.

Katerina Farris.



 Samanta Thomson.



Eric Stanley.



Jack Hopkins.






 Clara Robinson.




Martin Robinson.